Potęga sławy


Potęga sławyHelen Fielding


Śmieszne, jak skupialiśmy się na małych niedogodnościach życia codziennego, nie dopuszczając do świadomości prawdziwych potworności.

- Wyszliśmy z tunelu naszej rozpaczy i ujrzeliśmy, że możemy nie tylko żyć, ale i tańczyć – powiedział mi kiedyś Muhammad w swój absurdalnie poetycki sposób.

Śniło mi się, że wpadam na niego w Safewayu: spacerowaliśmy razem po sklepie, śmialiśmy się z innych kupujących i prześcigaliśmy w wynajdywaniu idiotycznych rzeczy do jedzenia, jak konserwy mięsne, galareta migdałowa, opakowania suszonego curry z kurczaka. Nie mogę uwierzyć, że był czas w moim życiu, gdy na podobne rozmyślania trwoniłam całe godziny, dopracowując każdy szczegół moich fantazji.

Kiedy w końcu rzeczywiście miałam się spotkać z Oliverem, o niczym innym myśleć już nie potrafiłam. Moja głowa przypominała gniazdo z podrzuconym kukułczym jajem, które wypełniało je bez reszty. Próbowałam go wyrzucić ze swoich myśli, biorąc byle jaką książkę, ale czytałam w kółko jedno i to samo zdanie, nie mając pojęcia, o co w nim chodzi. Oglądałam wiadomości, z których i tak nic do mnie nie docierało, bo bez przerwy myślałam tylko o nim.

Urok drania – to mnie brało. Przeczytałam gdzieś, że “Kobiet zmiennych bardziej się pożąda niż tych nudnych. Czasem się je morduje, ale rzadko porzuca” – to samo odnosi się do męskiego drania. Wiadomo, że nie interesują go żadne ograniczenia i nudzić się z nim nie sposób. Wieczna za nim pogoń ma w sobie coś ekscytującego i absorbującego: kobieta użala się nad sobą, że tak źle jest traktowana, i stale z tym walczy. Nawet kiedy poznałam już prawdziwe oblicze Olivera, wciąż mi się wydawało, że jednak uda mi się go zmienić. Myślałam, że potrzeba mu jedynie trochę miłości i troski i że w końcu zacznie doceniać, co los mu zesłał. Sądziłam, że potrafię go kochać wbrew jego podłej naturze.< Początki każdego związku na ogół bywają trudne: przypomina to trochę jazdę na nartach wodnych – dobrze, kiedy uda się stanąć i złapać równowagę, ale znacznie bardziej prawdopodobne jest, że człowiek się przewróci, zmoczy i wścieknie.

Bóg odbiera, nawet kiedy daje. Przy naszym stoliku pełnym urażonych aż kipiało i skwierczało od tych, których pobłogosławił, obdzielił sławą i bogactwem, lecz dorzucił przy tym dziegciu, nie dając im zapomnieć, że są tacy, co dostali więcej.<

Ten raz utkwił mi pamięci, ponieważ właśnie wtedy zauważyłam – poza zaczerwienionym nosem i potarganymi włosami – pierwszą zmarszczkę na mojej twarzy. Jeszcze prawie niedoszczegalna, biegła od nosa do kącika ust. Pewnie światło tak padało, że akurat tego dnia ją spostrzegłam. Ale i tak przeżyłam szok. Zawsze uważałam, że starzenie się powinno przebiegać w odwrotnym kierunku. O ileż życie byłoby bardziej optymistyczne, gdybyśmy je zaczynali jako pomarszczone staruchy, by z każdym upływającym rokiem młodnieć, nabierać wigoru i pięknieć, żyjąc w dającym poczucie bezpieczeństwa przekonaniu, że pod koniec ktoś z radością będzie się z nami bawił, zmieniał nam pieluchy i zabierał nas na spacery w wózku, póki nie staniemy się jajem.

Emocjonalna huśtawka związku dwojga ludzi: co by było, gdyby tkwiła w idealnej równowadze? Siedziałabym na niej zawieszona w nudzie i majtałabym sobie nogami w powietrzu. Znacznie ciekawiej jest trwać w pewnym zagrożeniu; o wiele lepsza jest wtedy zabawa, człowiek buja się tam i z powrotem, starając się wzbić jak najwyżej. Takie namiętne, graniczące z udręką chwile uniesień na pewno o wiele bardziej warte są przeżycia niż celebrowanie ciągnących się bez końca nudnych kolacji przed telewizorem, na kanapie, w dżinsach i starym swetrze; wiedząc bowiem, że kochane jesteśmy dla nas samych nie musimy troszczyć się o wygląd.

- Widzisz, w dzieciach najlepsze jest to, że nie zdają sobie sprawy, że mają do czynienia z jakąś sławą – zauważył.

Po raz pierwszy, odkąd poznałam Oliviera, zaczęłam wierzyć, że życie bez niego jest jednak możliwe; może nawet być o wiele przyjemniejsze. Wcześniej zaczęła mnie dręczyć obawa, że jest we mnie coś tajemniczego i obrzydliwego, z czego nie zdawałam sobie sprawy.

Gdy pytanie o przyszłość związku pada zbyt często, z czasem staje się pytaniem o to, co się z nim stało. Niestety jednak dobry Pan Bóg dał kobietom wrodzoną, nieprzetartą potrzebę martwienia się, dokąd ich związki zmierzają, oraz do zmuszania ich partnerów do dyskusji na ten temat, najczęściej wówczas, gdy są już gdzieś spóźnieni.

Za szczyt marzeń uważałam bycie akceptowaną w czarownym świecie wielkich ludzi. Właśnie zaczynałam robić w nim karierę. Myślałam, że znajdę w tym satysfakcję, zamiast tego jednak spostrzegłam, że pływam w nicości. Nie miałam na czym się wesprzeć.

Myślę, że najtrudniej pogodzić się człowiekowi z nieszczęściem, gdy czuje się za nie odpowiedzialny. Niełatwo wtedy myśleć o sobie jak o bohaterze. Nie wiem doprawdy, jak ludzie radzą sobie z wypadkami, do których doszło wyraźnie ich winy. Wiem jednak, że potrafią wyjść prawie bez szwanku z najbardziej nawet potwornych opresji, gdy nauczą się patrzeć na nie we właściwy sposób.

Tutaj, w tej dziczy, zgodna koegzystencja zupełnych przeciwności: tragedii i komedii, spraw poważnych i powierzchownych, dawno już przestała mnie dziwić. Nawet gdy działy się najbardziej ponure rzeczy drobne trywialności nie przestawały irytować, a sprawy sercowe, bynajmniej nie tracące na ważności stawały się tym bardziej znaczące.

Być może chemia pomiędzy dwojgiem ludzi nie ulega wpływowi czasu.

- Zawsze pierwsze cierpią dzieci, i to jest najgorsze – powiedział.

Wydarzenia, które – jak mówiła Nadia Simpson – są dla nas prawdziwe i bolesne, dla innych mogą się stać źródłem rozrywki. To dobry sposób, aby zdobyć zainteresowanie towarzystwa, ale zbyt upokarzający.

Znaleźliśmy się w punkcie, w którym każda zabrana rzecz stawała się bezcenna i niezastąpiona, ponieważ zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że absolutna dostępność wszystkiego wcale nie jest uniwersalna, i z wolna wpadaliśmy w lekką panikę. Nadeszła chwila, w której wypełnione co do minuty terminarze, życie z zegarkiem i w ciągłym pośpiechu, wszelka logika, porządek i skuteczność zostawały za nami, tracąc znaczenie.

- Nie liczy się to, jak wyglądasz, ale jakim jesteś człowiekiem – powiedziałam jak głupia

- Ludzie tacy jak my – mówił dalej – nie przenoszą gór. Ale mogą wejść na ich zbocze i zobaczyć, co się da zrobić. Jeżeli w głębi serca nam zależy… Spójrz na księżyc, Rosie. Z nim jest podobnie. To, że nie możemy go dosięgnąć, wcale nie oznacza, że nie możemy pojechać do Sidry.

Tamtej nocy powiedział mi, żebym nie rezygnowała ze swojego poczucia, co jest dobre, a co złe. Powiedział też, że możemy czynić dobro na drobną skalę; nawet gdyby oznaczało to uratowanie jednego tylko życia, warto było próbować.

- Zawsze jednak – powiedział, prowadząc nie do wyjścia – ostatecznie o wszystkim decyduje kobieta.

- Czy myślisz, że miło nam jest żebrać o jedzenie? Czy uważasz, że my nie mamy żadnej godności? – mówił. – Dlaczego upadliśmy tak nisko, by stać się żebrakami? No słucham, wytłumacz mi. – dodał, wbijając wzrok w Vernona.
- Susza, wojna, cholerne lenistwo i czekanie na jałmużnę – odrzekł Vernon bojowo.
- A czy wy w Anglii cierpieliście głód, gdy walczyliście o wolność? Czy cierpią głód w Arizonie, gdy oanuje susza? Czy wy rozumiecie, co to znaczy żyć na krawędzi?
Kate Fortune kaszlnęła skrępowana.
- Leniwi? Leniwi? Wy mówicie o nas, że jesteśmy leniwi? Skąd możecie wiedzieć, co to znaczy iść ięć mil w poszukiwaniu wody, a potem nieść ją w zardzewiałym garnku przywiązanym do pleców? Pracować przez cały dzień, zaczynać, kiedy na dworze jest jeszcze szaro, pracować we mgle poranka i gdy ostatnie czerwone promienie słońca…
Muhammad, nie przeginaj, myślałam, nie przeginaj.
- …szarpać wysuszoną ziemię poranionymi, całymi we krwi rękami, żeby wydrzeć z niej choć trochę jedzenia dla waszych dzieci? Przemierzać górskie pustkowia w poszukiwaniu drewna na opał, żeby wasza rodzina mogła przetrwać przeraźliwie zimne noce, wiedząc jednocześnie, że każda odcięta gałązka, każde umierające drzewo zabija także ziemię, sprawia, że pustynia podchodzi coraz bliżej? I radować się, gdy przez pył przebije się pierwsza zielona roślinka, uświadamiając sobie równocześnie, że jeśli nie dpadnie deszcz, umrzemy z głodu, a jeśli spadnie, wtedy nadlecą owady i także umrzemy z głodu?

Gdy spojrzałam na leżace przed nią ciało, bezużyteczne i martwe, uświadomiłam sobie, jakie to głupie, że chłopak umarł z głodu.
Cały ten żal i rozpacz były głupie, bo spowodował je nagły wypadek lub śmiertelna choroba, lecz fakt, że chłopak nie miał co jeść, podczas gdy na świecie żywności było aż nadto.

- Wejść w zmowę z chorobą korupcji?
-Choroba korupcji nie ogranicza się tylko do Zachodu – stwierdziłam. – O czym oboje dobrze wiemy.
- Mówię o chorobie, na którą cierpi niewielu wybranych. Gardząc niesprawiedliwością tego świata, nierównym podziałem dóbr i przywilejów i mając szansę wydostać się z anonimowego tłumu pokrzywdzonych, by znaleźć się w enklawie uprzywilejowanych, gdzie i na mnie spłyną łaski i dobrodziejstwa, mam powiedzieć “tak”, czy też raczej odmówić?
- Co osiągniesz, odmawiając?
Zastanowił sie przez chwilę, potem powiedział:
- Skarby ducha.
- Cóż, wydaje mi się, że jak wszystko, także i to ma swoje dobre i złe strony.

- Wiesz co? – odezwała się Corinna, gdy kroki Oliviera ucichły. – Tak sobie myślę, że wszyscy dostaliśmy tutaj znacznie więcej, niż sami daliśmy. Wydaje mi się, że wszystkich nas to dramatycznie odmieniło.